piątek, 15 września 2017

Zielonogórskie przełamanie

Półmaraton w Zielonej Górze zawsze jest dla mnie sporym wyzwaniem. Zaczęło się w 2015 roku, a zamiarem było ukończenie biegu przed kimś. W 2016 chciałem zejść poniżej dwóch godzin, ale zawaliłem pierwsze kółko. Natomiast start w 2017 roku miał być przełomem na tej trasie, i jak się później okazało, jaki miał być, takim się stał.

Ponury poranek, 10 września 2017 roku. Dwa dni do moich urodzin, ale to nie one były w mojej głowie o siódmej rano, gdy wstawałem. Mój umysł był już na trasie połówki, do której pozostały jeszcze blisko cztery godziny. Spojrzałem przez okno - padało. Zanim miałem pojawić się na starcie musiałem zrobić kilka rzeczy. Lista leżała w widocznym miejscu. Powoli odhaczam z niej poszczególne punkty. Sprawdzenie torby, kawa i inne tego typu rzeczy. Kilka minut po godzinie dziewiątej, gdy jeszcze raz upewniłem się, że wszystko mam w torbie wyszedłem z mieszkania i wsiadłem do samochodu, w którym czekał na mnie mój towarzysz podróży.

VI NOVITA PÓŁMARATON ZIELONOGÓRSKI miał być moim trzecim w Zielonej Górze, ale jednocześnie pierwszym, w którym miałem być prywatnym pomocnikiem mojego biegowego kolegi. Cel był prosty - poprawić jego życiówkę, starając się nie stracić z oczu pacemakerów na 1:50. W ten właśnie sposób chciałem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, czyli po raz pierwszy w Zielonej Górze złamać dwie godziny i pomóc w łamaniu życiówki.
 
Jadąc samochodem do miasta Winobrania zastanawialiśmy się jak na nasz bieg wpłynie pogoda. Mieliśmy nadzieję, że przed startem przestanie padać. Ja najbardziej obawiałem się w takim wypadku końcówki, czyli wirażu po stadionie na Wyspiańskiego. Nie jestem przekonany do biegania po błocie, ale na szczęście na bieg pogoda się uspokoiła i nie płakała nad biegaczami. Jednak wcześniej trzeba było zaparkować, odebrać pakiety i ruszyć na rozgrzewkę. Miejsce parkingowe znalazło się bez problemu, pakiet startowy również został odebrany bez problemu, wszystko wyszło bez problemu. Zapowiadało się, że pomimo fatalnego widoku z samego rana, wszystko inne ułoży się dziś po naszej myśli.

Wspólnie z moim biegowym kolegą ustawiliśmy się na starcie troszkę za pacemakerami na 1:50. Zapewniłem go, że z biegiem kilometrów najprawdopodobniej coraz większe grupy biegaczy będą tracić dystans do "zajączków" i będzie luźniej. Przypomniałem mu również, że jeśli on zacząłby powoli tracić dystans, to niech się tym nie przejmuje i walczy, pamiętając, że jestem blisko i zawsze mogę wesprzeć miłym bądź niemiłym słowem (to zależy od sytuacji).

Rozpoczął się bieg, a my czuliśmy się jak na naszym tradycyjnym weekendowym treningu, tylko z jedną różnicą - widzieliśmy więcej biegaczy niż zazwyczaj. Miałem mieć na oku pacemakerów, ale zwracałem również uwagę jak zachowuje się mój biegowy kolega. W końcu w jakimś sensie byłem za niego odpowiedzialny (to ja namówiłem go na bieganie i na ten półmaraton) i nie chciałem go zgubić na pierwszych kilometrach. Spokojnie dotarliśmy do pierwszego punktu z wodą, gdzie bezproblemowo zatankowaliśmy w biegu i nie zatrzymując się, ruszyliśmy dalej. Na trasie nie spotykały nas żadne problemy, ale zawsze miałem lekkie obawy odnośnie ulicy Sulechowskiej. Jednak była to dopiero pierwsza pętla, wiec jeszcze nie musiałem się tej części trasy bać.

Bezproblemowo dobiegliśmy do końca pierwszej pętli - czas więc zacząć drugie kółeczko. Trzymaliśmy się znakomicie - tuż za pacemakerami. Ich baloniki muskały nam głowy, ale wszystko wydawało się być dobrze. Cieszyłem się, bo czułem, że jesteśmy w stanie ich wyprzedzić i przycisnąć mocniej, wspólnie we dwójkę się napędzając, aż do mety. Niestety trochę się pomyliłem. W okolicach 12 kilometra powoli pacemakerzy zaczęli się oddalać, ponieważ zauważyłem, że mój biegowy kolega ma mały kłopot. Przebiegliśmy już wspólnie wiele kilometrów i wiedziałem, że jest on to w stanie przezwyciężyć. Kryzys jednak trwał dalej. Na 15 kilometrze, gdy zbiegliśmy ul. Wyszyńskiego i wbiegliśmy na ul. Zacisze "zajączki" uciekły już dosyć daleko, zacząłem więc mocniej wspierać mojego biegowego kolegę. Przede wszystkim powiedziałem mu, żeby nie patrzył na te oddalające się baloniki i skupił się na trzymaniu rytmu, który mu odpowiada. Nie odpowiedział - ale wiedziałem, że skoro nie odpowiada, to znaczy, że skupia się na biegu i z każdym kilometrem powinno być już coraz lepiej. 

Gdy dotarliśmy do punktu z napojami (nie jestem pewny który to był kilometr 16-17?) to wyskoczyłem parę metrów przed niego i zebrałem izotonik, a o potem mu go podałem. Na szczęście swój kryzys miał już za sobą i powoli narzucaliśmy odpowiednie tempo, by spróbować dogonić "zajączki" na 1:50. Tylko, że z minuty na minutę w głowie zaczęła mi krążyć ulica Sulechowska i ponowne jej przebiegniecie. Na szczęście w tym roku nie biegłem nią sam i przezwyciężyłem moje dawne koszmary (bieganie z kimś jednak potrafi dodać skrzydeł). W takim przypadku nie mogło być inaczej i na mniej niż kilometr przed metą dogoniliśmy pacemakerów. Tutaj moja robota została wykonana i mogłem spokojnie patrzeć jak mój biegowy kolega stara się jeszcze urwać sekundy z życiówki. Wbiegłem na stadion i na szczęście nie musiałem brodzić w błocie na finiszu. Ostatecznie dobiegłem na metę z czasem 1:50:53, a mój biegowy kolega 1:50:38. 

W tym miejscu muszę niestety parę smutnych zdań napisać. Troszkę zawiodłem się na pacemakerach na 1:50, ponieważ myślałem, że wyprzedzenie ich spowoduje, że minimalnie zejdę poniżej tej granicy, a jeśli nie ja, to mój biegowy kolega. Widocznie tak musiało być. Trochę jest w tym także i moja wina, bo zamiast kontrolować sekundy zaufałem ludziom, a nikt nie jest nieomylny. Nie zmienia to jednak mojego (ani mojego biegowego kolegi) spojrzenia na ten niezwykły półmaraton, który zawsze jest dla mnie wyjątkowy. Bardzo ciekawa trasa, którą zawsze będę uznawać za wymagającą, ale tym bardziej chce tu się wracać po więcej. Do tego nie ma się o co przyczepiać jeśli chodzi o obsługę i wszystko wokół. Plus kibice, którzy stoją na trasie co roku - czy to upał, czy chłód, dopingują nas biegaczy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz